37 urodziny świętuję na polskich Malediwach

37 urodziny świętuję na polskich Malediwach

Takiego planu na swoje trzydzieste siódme urodziny bym sobie w głowie nie wymyśliła nigdy. Kiedy byłam pewna, że z moją przyjaciółką Asią z Sopotu spotkam się tylko raz podczas moich czerwcowych kaszubskich wakacji to okazało się, że kiedy zakotwiczyłam w Jastrzębiej Górze trafiłyśmy się ponownie w Gdyni. Było to dla nas dość zabawnym faktem, gdyż zazwyczaj widzimy się raz na kilka lat i nigdy w Polsce:) Tymczasem w sierpniu wylądowałam ponownie w Sopocie na urodzinach Asi, a ona zrekompensowała się właśnie listopadową wizytą na Śląsku podczas moich urodzin. Pierwszy plan zakładał  może nie huczne damskie party, wbijanie do klubu i bujanie się po mieście limuzyną jak miało to miejsce na północy kraju, ale choć odwiedziny pobliskich restauracji i skrócony plan pokazania czegoś na południowym zakątku Polski, ze szczególnym uwzględnieniem turystycznych atrakcji w Zabrzu. Plan spalił na panewce kiedy usłyszałyśmy, że gastronomia zostaje zamknięta. Ale ok nic się nie dzieje, jedzenie na wynos jeszcze działa, hotele też, zatem Asia z Olą dla której miał być to pierwszy pobyt na Śląsku ulokują się w zabrzańskim Ibisie i będziemy tam się upadlać fastfoodami i drinkami, a przy odrobinie szczęścia zejdziemy jako goście do restauracji hotelowej.  Hotele też zamknęli. I Sztolnię. I Guido. I g….. za przeproszeniem by było, na szczęście torów kolejowych nie zamknęli, nowa kołdra z pościelą trafiła do mego koszyka zakupowego zatem … czym chata bogata. Oczywiście wpierw trzeba było zrobić generalne porządki co dla mnie bałaganiary jest rzeczą większego kalibru, ale nieodzowna okazała się tu pomoc męża. Myślę nawet, że po cichu cieszył się z tych odwiedzin, bo pojawiła się na linii frontu motywacja. Zdecydowanie należę do introwertyków gnijących samotnie w domu i broniących się rękami nogami przed potencjalnymi wprosicielami na kawę. A tu się trafia rola gospodarza, kucharza, solenizanta, przewodnika, fotografa, szofera. Było ciężko, ale obyło się bez wpadek. Ba! Udało się nam nawet przeznaczenie oszukać. Bo nie wiem jak inaczej miałabym opisać fakt, że na głównej ulicy w Gliwicach centralnie za moimi plecami a przed twarzami dziewczyn wylądowała na chodniku roztrzaskana szyba, którą wiatr wywalił z okna kamienicy. No możemy myśleć co by było gdyby trafiło w nasze głowy z wysokości drugiego piętra, ale chyba lepiej zapamiętać fakt, że dziewczyny zobaczyły uroczy rynek gliwicki i odebrały ze mną malinowy tort z białą czekoladą w zdecydowanie najpiękniejszej kawiarni na mieście, w której niezmiennie od  czasów mojego wesela zamawiam torty – Słodkie Życie.

Podczas pobytu na Śląsku udało się także dziewczyny oprowadzić po Zabrzu i zabrać nieco dalej do Małopolski do opisywanego już na blogu Parku Gródek w Jaworznie. Pomimo listopadowej aury pogoda dopisała, tłumów nie było i na szczęście zdążyłyśmy na zachodzące słońce. Trochę niesforne na wietrze okazały się balony i cyferki nie chciały prawidłowo współpracować robiąc mi psikusa w postaci 73, ale mimo wszystko moje malutkie marzonko o balonach w kolorze różowego złota powiewających na polskich Malediwach zostało zrealizowane. Jeśli ktoś szuka takich bądź złotych, srebrnych to szerszy asortyment w Zabrzu oferuje Manufaktura Pana Balona na ul. Szczęść Boże 9. A na ucztę włoską, bo taką sobie jeszcze na koniec dnia pozwoliłyśmy polecam pizzerię prowadzoną w Zabrzu przez Włocha –  Da Luca.  Jak wiadomo nastał ciężki czas dla gastronomii dlatego warto wspierać lokalne knajpki i od czasu do czasu zamówić coś do domu. I jak widać pomimo obostrzeń można fajnie i oryginalnie zorganizować sobie urodzinowy dzień nawet jeśli wypada w tygodniu i w zimnym listopadzie 🙂



1 thought on “37 urodziny świętuję na polskich Malediwach”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *