Oh, that sun.. mój makijaż krok po kroku.

Oh, that sun.. mój makijaż krok po kroku.

Przy okazji szykowania się w minioną niedzielę na przyjęcie łączące chrzest z weselem – postanowiłam uwiecznić krok po kroku moje poczynania makijażowe. Na wykonanie makijażu miałam plus minus 25minut, przerywane po każdym etapie nałożenia kolejnego kosmetyku jednym ujęciem fotograficznym.

Do doświetlenia zdjęć użyłam ledowych lamp toaletki, które dodały cerze może zbyt jaskrawego pomarańczu, ale przy wyjątkowo szarej paskudnej aurze tego dnia i nikłej ilości światła dziennego, jaka wpada mi do mieszkania ciężko wyrzeźbić coś innego. Podkreślę również, że jestem całkowitym amatorem w kwestii malowania, prezentuję tu mój codzienny styl w wydaniu bardziej wyjściowym – czytaj nakładamy wszystkiego ciut więcej niż do pracy i robimy to staranniej niż zwykle:) Zazwyczaj pomalowanie siebie zajmuje mi 10 minut, przy takich okazjach jak ta, gdzie zależy mi na lepszej trwałości i wyrazistości makijażu podwajam ten czas.

Po kilkunastu latach obcowania z różnymi wizażystkami, którym zawsze z miłą chęcią oddawałam swoją buźkę i śledzeniu wielu tutoriali makijażowych nadal uważam się za manualne antytalencie, ale ciągle uczę się czegoś nowego i wprowadzam to w życie. Mam wrażenie, ze im starsza, tym więcej nakładam wszystkiego na twarz przy jednoczesnym mniejszym „kolorowaniu” oka. Z rozrzewnieniem wspominam nastoletnie czasy, kiedy o kolejności fluid puder mało co słyszałam, liczyła się tylko czarna kredka i grafitowy cień. Korektora, rozświetlacza czy nawet różu do policzek też długooo nie było w mojej kosmetyczce.

Na obecny moment nie wyobrażam sobie rozpocząć malowania bez uprzedniego nałożenia na twarz kremu nawilżającego (zimą półtłustego). Gdyby jednak okoliczności nie pozwoliły na jego nałożenie, w przypadku mojej suchej cery świetnie sprawdza się w ostatnich dniach Ultralight Serum Foundation marki SinSkin. To połączenie podkładu z serum zawierające filtr SPF 25, które mam wrażenie nawilża moją skórę nawet przez kilkanaście godzin i daje fajne aksamitne wykończenie, którego nawet nie musiałabym podkręcać dodatkowo pudrem. Od ponad roku wszelkie fluidy nakładam wyłącznie gąbeczką, wcześniej używałam jedynie swych palców, do pędzli w przypadku fluidu jakoś nigdy się nie przekonałam.

Po wtłoczeniu fluidu nakładam pod oczy oraz na wszelkie przebarwienia i wypryski korektor. Obecnie używam Lasting Radiance, Concealer & Eye Illuminator od Rimmela. Korektor jest rozświetlający, nie ma jednak bardzo mocnego krycia, osobom z dużymi sińcami pod oczami odradzam. Nie kupię go ponownie, ale to jeden z tych kosmetyków, które nie mają dna. O wiele ciekawszą propozycją z Rimmela jest dla mnie paletka do konturowania twarzy. Paletka Kate wpadła w moje ręce przypadkiem, kiedy to na jeden wyjazd zapomniałam zabrać jakiegokolwiek pędzla, bronzera, różu czy rozświetlacza. Niedrogie 3w1 okazało się być ratunkiem, ale początki nie były sympatyczne. Problem polegał chyba w tym, że nie korzystałam z paletki do typowego konturowania tylko próbowałam wykańczać makijaż wszystkimi 3 odcieniami, z miernym zresztą skutkiem. Bronzer był za ciemny, rozświetlacz za słaby a brzoskwiniowy róż totalnie nie do mojej cery. I kiedy miałam już ochotę wyrzucić kosmetyk odkryłam go na nowo. Obecnie nie wyobrażam sobie, by po nałożeniu fluidu nie wtłoczyć w kości policzkowe, górną część czoła, boki żuchwy oraz boki nosa bronzera. Nakładam go cienkim płaskim pędzlem, po czym wtłaczam gęściejszym. Rozświetlacz oraz róż z powodzeniem stosuję jako cienie do powiek.

Kolejno przechodzę do brwi. Staram się raz w miesiącu ogarniać je u kosmetyczki. Zafarbowane henną nie wymagają już większego podkreślenia, rezygnuję wtedy z wszelkich kredek, pudrów czy cieni. Ostatnio odkryłam wosk do brwi w kredce – Bell Wax Eyebrow Pencil i stosuję jaśniejszy odcień. To co w niej cenię najbardziej to możliwość błyskawicznego ogarnięcia brwi bez stresu, że będą przerysowane. Przy braku henny efekt jest mniej widoczny, ale taki delikatniejszy look mi nie przeszkadza.

Na co dzień stosuję sypki półtransparentny puder Wibo Fixing Powder. Tym razem zastosowałam matujący puder w kamieniu Bourjois Healthy Mix. Nakładam go jednak pędzlem, używając dołączonej gąbeczki mam wrażenie tworzenia się efektu maski.

Oczy. Moja zmora w makijażu. Ich nierówne osadzenie przyprawia mnie zawsze o drżenie rąk czy równo pojadę z jakąkolwiek kreską. Eyelinerów na co dzień staram się unikać, zdecydowanie wolę w górnym kąciku dać tylko odrobinę ciemniejszego cienia lub kredki, ale na ważniejsze wyjścia lubię dodać sobie kociego akcentu. Jak nie wyjdzie.. to rozmazuję i dokładam ciemnego cienia, w końcu jakoś trzeba sobie radzić:) Tym razem coś tam udało się zmalować, także na górnej powiece pozostawiłam eyeliner Bourjois w pisaku (nie lubię tych zimnych, mokrych w pędzelku) zaś dolną linię rzęs potraktowałam kredką Deborah. Na co dzień unikam dolnej kreski, ale przy mocniejszym makijażu zdecydowanie lubię przyciemnić oko czy to kredką czy cieniem.

W przypadku cieni zazwyczaj używam 2 kolorów, tym razem zastosowałam mix cieni Sephora Colorful Matte, trochę złota Giordani Gold Oriflame i granatu od Catrice. Kilka razy próbowałam sama sobie dokleić sztuczne rzęsy i efekt był delikatnie ujmując słaby, że o stresie wydłubania oka czy zniszczenia dopiero co zrobionego makijażu nie wspomnę. Poczucie kilogramowego ciężarka też smaczku tej zabawie nie dodało, także sztuczne rzęsy pozostawiam profesjonalistom a ja będę je dalej tuszować. Tutaj użyty uniwersalny tusz Le Volume de Chanel.

Następnie nałożenie pędzlem do rozświetlacza złotego pyłu na kości policzkowe oraz środek nosa. Wiem, że niektórzy lubią też rozświetlać górną linię warg oraz łuk brwiowy, ja tego nie praktykuję.

I kolejnym pędzlem szybkim ruchem dodaję na policzki róż. Długo szukałam fajnego odcienia nie za ciemnego, nie za brzoskwiniowego i zbyt cukierkowego do mojej bladej cery i bardzo fajny okazał się wypiekany róż Deborah Hi-Tech. Już patrzenie na niego w pudełeczku sprawia mi przyjemność.

Pozostają jeszcze usta. Zazwyczaj nie stosuję konturówek, ale tutaj skusiłam się na konturówkę Deborah oraz bazę pod szminkę Sinskin. Kolejno satynowa szminka Sinskin odcień… oh that sun:) Całość wieńczę mgiełką utrwalającą makijaż z Bielendy. Podczas wykonywania makijażu po raz pierwszy użyłam też do fluidu i cieni – bazy utrwalającej o właściwościach wodoodpornych My Secret fixer liquid. Można ją dodawać zarówno do fluidu, szminki czy cieni celem ich zintensyfikowania, ale też uratuje zaschnięte pomady czy tusze do rzęs.

Jeszcze tylko buziak na koniec:)

W kolejnym poście zaprezentuję jak makijaż prezentował się w dziennym świetle po kilku godzinach noszenia oraz moją stylizację na ten wyjątkowo zimny i deszczowy dzień. No i grzywkę, która zagościła u mnie po 4 latach przerwy.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *