Ulubiona kolorówka z 2020

Ulubiona kolorówka z 2020

Było o pielęgnacji to i słów kilka o ulubionych kosmetykach do makijażu, czyli co najczęściej używałam w minionym już 2020 roku.

Zaczynając od podkładu mój absolutny nr 1 tego roku to podkład serum polskiej marki SinSkin. O ile z klasycznym nie polubiliśmy się za przesuszanie skóry o tyle wersja serum stworzona właśnie dla skóry suchej to był strzał w dziesiątkę. Nawilża, chroni przed szkodliwym promieniowaniem (SPF25) oraz daje skórze ciepłą satynową i nieważącą się powłokę. Trwałość sprawdzona przy 12godzinnej pracy i pracujących na okrągło ciepłych nawiewach w pobliżu twarzy. Używam całorocznie odcienia W20 beige, bo jest dla mnie na tyle uniwersalny, że nawet zimą kiedy cera robi się bladsza ten nie wydaje się zbyt ciemny. Kosmetyk dostępny tylko i wyłącznie w drogeriach Rossmanna gdzie warto czekać na promocje i łapać go w cenie 50zł.

Z tej samej marki używałam puder, tusze do rzęs, szminki i rozświetlacz. Ten ostatni wersja Queen Bee oczarowała mnie strukturą i blaskiem. Kiedy go wykończę sięgnę po drugi z serii Ambrosia bardziej różowawy. Oba rozświetlacze są wypiekane i bardzo delikatne, trudno tu o przesadę w makijażu.

Kocham matowe szminki i nienawidzę wszelkich błyszczących i świecących jak psu wiadomo co.  Całe życie byłam przeciwnikiem błyszczyków korzystając tylko z dobrodziejstw szminek, aż w końcu doczekałam czasów kiedy mat jest królującym trendem. W dodatku szminki w płynie stały się obowiązkowym gadżetem chyba w każdej kosmetyczce. Zanim rynek został przez nie zalany pamiętam jak jedną z pierwszych firm, które odważyły się na taki produkt był Revlon. Ich matowa seria Ultra HD ciągle chodziła mi po głowie, aż w końcu skusiłam się na odcień nr 610 Addiction odważną  fuksję wpadającą w lekkie bordo. Szminka jest bardzo napigmentowana i jednocześnie niezwykle aksamitna. Nie roluje się na ustach i jedyne o co mogę mieć „pretensję” to jej zapach, ale szminki Revlona zawsze mi zalatywały czymś dziwnym. Z jednej strony zapach wydaje się słodkawo odświeżający, taka wanilia zmieszana z hmm jeżyną, ale coś tu mnie irytuje, co nie zmienia faktu, że kosmetyk jest dla mnie dobry.

Drugą obowiązkową w torebce matową szminką stała się pomadka w płynie Super Stay Matte Ink od Maybelline. Tym razem  jasny róż – odcień Dreamer. Pamiętam jak kilkanaście lat temu były takie dwufazowe szminki od Max Factor, które reklamowały się jako te z efektem tatuażu, druga przezroczysta warstwa miała za zadanie mocno utrwalić nałożony wcześniej kolor. Kolor ten zastygał na ustach tworząc taką  jakby nieścieralną maskę. Szminki Maybelline z tej serii wydają się być.. jeszcze trwalsze. Tak, jeszcze nigdy nie miałam czegoś równie trwałego na ustach jak to. I to bez nakładania dodatkowych warstw utwardzających czy chroniących. I to za cenę dwukrotnie niższą niż wspomniany Max Factor czy opisywany wcześniej Revlon.

Ma to swoje plusy i minusy. Kiedy wybieram się w podróż i wiem, że nie będzie okazji do poprawki makijażu, na sesję gdzie nie chcę sobie zawracać głowy wyciąganiem kosmetyków i do restauracji gdzie podczas posiłku każda szminka jest zjadana to jest absolutny hit. Mogę pić, jeść a ta szminka jest nadal na ustach. Można rzec produkt idealny. Kiedy więc pojawia się problem. Przy demakijażu. Ta szminka tworzy jakby taką warstewką koloru w płacie i trzeba to jakby zeskrobać dlatego dobry silny środek myjący wskazany, sama chusteczka do demakijażu może przegrać tę walkę. W ciągu dnia kiedy nie noszę ze sobą środków czyszczących może też pojawić się uczucie ściągnięcia ust i chęć odświeżenia ich, a wtedy pozostaje nam tylko nałożenie dodatkowej warstwy, która zakryje poprzednią, niestety jeśli usta są przesuszone spowoduje to brzydki efekt. Generalnie szminka ma tendencję do wchodzenia w załamania i podkreślania skórek dlatego aplikacja tylko przy dobrze nawilżonych zadbanych ustach.

Za żadnym kosmetykiem nie nachodziłam się tyle co za tym żelem do brwi. Reklamowany i zachwalany przez rzesze blogerek i youtuberek wizażystek stał się moim obowiązkowym produktem do przetestowania w drogerii. I po tym jednym teście już go pokochałam. Niestety jest dostępny tylko w drogeriach Natura, która ma w ofercie dość tanie kosmetyki marki My Secret i ta wszechobecna reklama spowodowała chyba, że nie tylko u mnie przezroczysty super trwały żel za niecałe 12zł stał się obiektem pożądania. Nie zliczę moich wizyt w różnych miastach i zapytań kiedy w końcu będzie dostawa tych żeli. Magazyny internetowe też tygodniami wyświetlały napis niedostępny. Powoli zaczęłam się martwić, że firma postanowiła z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zaprzestać produkcji tego już wręcz kultowego specyfiku. I oto w pandemii kiedy w galeriach funkcjonowały nieliczne sklepy weszłam do Natury i bach żele dostępne od ręki. Chyba nie muszę pisać, że od razu wzięłam kilka. Naprawdę świetnie wyczesują mi włoski i utrwalają nałożone wcześniej cienie, pudry, kredki czy pomady do brwi.Nie zamienię na żaden inny.

Kocham wszystko co wypiekane. Nie wiem może to dlatego, że słowo wypieczone jest takie miłe w odsłuchu, przywodzące na myśl wypieczony pachnący chleb:) Ale wypiekane cienie, rozświetlacze i róże to moja słabość. Są ładne, miłe w konsystencji i trwałe w użytkowaniu. Z różami mam tak, że te które mi się podobają w opakowaniu niekoniecznie pasują do mojej cery. Mam wrażenie, że ani te słodko jasne róże niczym pupa niemowlaka, ani zdrowa brzoskwinka ani tym bardziej mocny ciemny brąz nie dodadzą mojej jasnej twarzy naturalnego efektu. Każdy z nich stworzy zbyt rzucającą się plamę na policzku. Dlatego z rezerwą zawsze podchodziłam do zakupu róży szukając stonowanego idealnego odcienia. I w końcu go znalazłam. Żałuję, że Rossmann zrezygnował z włoskich kosmetyków Deborah, które kilkanaście lat temu odkryłam w Douglasie gdzie też na lata zniknęły. Zanim jednak półki zostały zlikwidowane załapałam się jeszcze w promocyjnej wyprzedaży na wypiekany róż Hi-tech. Posiada on hipoalergiczną, intensywnie napigmentowaną formułę, zachowującą intensywność na skórze przez cały dzień. Ponadto, zawiera mikroperełki odbijające światło, które nadają cerze zdrowy i naturalny wygląd. Produkt może być stosowany na sucho lub na mokro. Na odwrocie opakowania umieszczono pędzelek, dzięki czemu zestaw doskonale sprawdzi się w podróży, ale ja używam swojego klasycznego pędzla. Róż dostępny jest w 6 odcieniach: 46 peach rose , 52 terracota, 58 paprika, 60 old rose, 61 baby pink, 62 coral, 63 apricot oraz wybrany przeze mnie 64 rose. Klasyczny różowy, nie za chłodny, nie za ceglasty, pozbawiony parabenów idealnie sprawdza się na co dzień jak i większe wyjścia. Widzę, że w sieci można zamawiać w cenach 40-50zł i oby ta możliwość nie skończyła się za szybko.

Inglot choć tak łatwo dostępny na rynku i cieszący się dobrą sławą nie tylko na polskim rynku  jakoś nigdy nie skusił mnie swoją ofertą, ale w tym roku dałam mu szansę. Zaczęłam od oddychających znanych na całym świecie lakierów do paznokci, a obecnie dołożyłam do kosmetyczki fioletowy cień do powiek z serii Freedom System gdzie dopłacamy za plastikowe opakowanie w którym można wymieniać wkłady z cieniami. Wkłady są spore więc nawet przy codziennym używaniu danego odcienia myślę, że nie zużyję go w rok, a zakup innego spowodowałby kolejne plastikowe opakowanie z lusterkiem – za to minus z mojej strony. Co do samych cieni nie osypują przy nakładaniu, nie ważą przy noszeniu i może skuszę się ponownie, ale na jakiś bardziej w tonacji oberżyny. Limit fioletów chyba już wyczerpałam na przestrzeni ostatnich lat.

I na koniec tylko wspomnę o moim kolejnym mush have niekoniecznie w makijażu a na dłoniach. Są to solarne lakiery do paznokci łotewskiej firmy Kinetics. Trudno dostępne stacjonarnie, na szczęście mam ich spory wybór w lokalnej hurtowni. Poświęcę im na dniach osobny post.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *